Maroko z perspektywy rowerzystki. Gravel, góry, ocean i GRAIN Ti-Koloride

Maroko od dawna było na mojej liście miejsc, które chciałam zobaczyć z perspektywy roweru. Kiedy więc Dorota – Mamba on Bike – otworzyła z GoGirl nowy kierunek gravelowych wyjazdów właśnie tam, decyzja była szybka.

Tym razem plan był wyjątkowo prosty: jeździć. Po prostu.

Nic nie organizować, niczego nie planować, nie zastanawiać się nad kolejnym postem czy rolką. Wstać rano, założyć ciuchy rowerowe i ruszyć w trasę. Takiego trybu też czasem bardzo potrzeba.

Tym bardziej, że o zdjęcia nie musiałam się martwić. Na wyjeździe fotografowały aż trzy osoby – Dorota, Kama i Kasia – więc zamiast patrzeć na Maroko przez telefon, mogłam po prostu patrzeć na Maroko. A teraz jest z czego przebierać :)

Przez pięć dni jeździłyśmy na rowerach, jeden dzień przeznaczony był na surfing. Choć dla mnie właściwie cały ten wyjazd był odpoczynkiem. Tylko nogi miały na ten temat trochę inne zdanie.

Czy Maroko jest dobrym kierunkiem na gravel?

Zdecydowanie tak, jeśli lubisz zróżnicowane trasy, przewyższenia i jazdę łączącą szuter, asfalt, piach i bardziej kamieniste odcinki. Nasze etapy miały od około 60 do ponad 100 km, a najdłuższy dokładał blisko 1900 m przewyższenia.

Maroko nie jest przy tym wyłącznie kierunkiem „na rower”. To podróż rowerowa, ale równie mocno przyrodnicza, kulturowa i kulinarna. I chyba właśnie ta mieszanka podobała mi się najbardziej.

Maroko na gravelu – codziennie trochę inne

To chyba największa siła tych tras: każdego dnia było inaczej.

Przemieszczałyśmy się wzdłuż Atlantyku i w głąb lądu – przez okolice Essaouiry, Sidi Kaouki, Tefednę, Imsouane, Tamri i dalej w stronę Taghazout.

Po drodze były gaje arganowe, zielone doliny, oazy ze strzelistymi palmami, skaliste klify, wydmy i piaszczyste plaże. Do tego małe miejscowości, pola, szerokie szutry, kamienie, asfaltowe łączniki i miejsca, w których przez długi czas nie mijał nas żaden samochód.

Jednego dnia ocean był praktycznie cały czas obok, kolejnego odbijałyśmy mocno w głąb lądu. Raz jechałyśmy wśród arganowców, chwilę później przez surowy, skalisty, wręcz księżycowy krajobraz, żeby za kolejnym zakrętem znaleźć się w zielonej dolinie pełnej palm.

Maroko zmieniało się szybciej niż nawierzchnia pod kołami. A ta też zmieniała się całkiem często.

Były też kamloty. Porządne.

Jeden z takich fragmentów spokojnie można było ominąć. Tyle że wtedy nie dotarłybyśmy na szczyt, z którego jak na dłoni było widać Wysoki Atlas. I ominąłby nas późniejszy absolutnie genialny zjazd i lunch na dachach świata.

Czasem warto więc zejść z roweru i trochę go powpychać. Nawet przeklinając pod nosem. Widok i zjazd wynagrodziły wszystko.

Poszczególne etapy miały od około 60 do ponad 100 km. Jeden z dni w stronę Tefedny to około 60 km i ponad 1000 m przewyższenia, najdłuższy etap w stronę Imsouane przekraczał 100 km i dokładał blisko 1900 m w pionie. Później odbiłyśmy w głąb lądu, w stronę Issi i miodowych dolin, wspinając się na około 1150 m n.p.m.

Pełny przebieg wyjazdu można zobaczyć w programach GoGirl – Maroko, Wybrzeże Atlantyku oraz Tizi n'Ride – Along the Atlantic.

Liczby zresztą nie mówią wszystkiego. 60 km po Wielkopolsce i 60 km tutaj to dwa różne rodzaje 60 km.

Najbardziej podobał mi się rytm tych tras: podjazd, zjazd, szuter, wioska, trochę asfaltu, znowu podjazd i kolejny zjazd.

Ani szosa, ani MTB. Po prostu bardzo dobry gravel.

Zielone Maroko?

Chyba najbardziej zaskoczyła mnie przyroda. Spodziewałam się więcej żółtego i suchego. Tymczasem trafiłyśmy na wyjątkowo zieloną marokańską wiosnę.

Zima zostawiła po sobie sporo wody i wszystko dosłownie wybuchło: kwiaty, trawy, zielone doliny i drzewa arganowe.

Nawet słynne marokańskie kozy nie musiały wspinać się na drzewa. Jedzenia miały pod dostatkiem na dole :) Do tego osły, owce, dromadery, psy i koty. A w tle Atlantyk, klify, wydmy, góry, palmy i Wysoki Atlas.

Momentami jakby ktoś trochę przesadził z architekturą krajobrazu.

Jeździłam i słuchałam

Osobny akapit należy się Jankowi z Tizi n'Ride.

Janek zna Maroko nie tylko od strony rowerowych tras. Zna historię kraju, kulturę, przyrodę i lokalne niuanse. Wie, dlaczego w jednym miejscu rosną arganowce, gdzie skręcić, żeby ominąć ruchliwą drogę, gdzie warto się zatrzymać i jak dogadać się z ludźmi spotkanymi po drodze.

Dzięki temu nie jechałyśmy po prostu po przygotowanym śladzie GPX. Jechałyśmy przez Maroko z kimś, kto potrafił nam to Maroko pokazać.

I dla mnie była to ogromna wartość tego wyjazdu. Gaje arganowe przestawały być tylko ładnym tłem do zdjęcia, a mijane miejscowości anonimowymi punktami na mapie. Była historia, lokalne zwyczaje i spotkania z mieszkańcami.

To właśnie wtedy wyjazd rowerowy zaczyna być czymś więcej niż sumą kilometrów i przewyższeń.

Jeździłam i jadłam

Bardzo ważny punkt programu.

Lokalni chłopaki, którzy przewozili nasze bagaże między noclegami, przygotowywali śniadania, lunche w trasie i kolacje. A lunch na kocyku, w świetnie wybranym miejscu, ze świeżych lokalnych produktów? Mistrzostwo świata.

Warzywa, owoce, ryby, owoce morza, tagine, owsianka z prosa, lokalny chleb. I oczywiście miętowa herbata lana ze srebrzystych dzbanków z wprawą.

Słodka. Bardzo słodka.

Zdarzały się też zupełnie nieplanowane postoje. Mieszkańcy zapraszali nas do domów na herbatę, częstowali chlebem z amlou i masłem, słodyczami czy owocami.

Takie momenty pamięta się później najlepiej.

Jeździłam i rozmawiałam

Dorota z Mamba on Bike i GoGirl zebrała dziewczyny z bardzo różnym doświadczeniem rowerowym. Było trochę ścigania, trochę czekania, wspólne podjazdy, pomoc przy rowerach i długie wieczorne rozmowy. Można było pojechać mocniej albo zostać z tyłu. Gadać pół nocy albo chwilę pomilczeć.

Kobiece wyjazdy mają swoją magię.

Po zejściu z roweru też było Maroko

Na szczęście tydzień jazdy nie kończył się wraz z zapisaniem aktywności na Stravie.

Był hammam, który po kilku dniach jazdy i marokańskim kurzu zdecydowanie trafia wysoko na listę dobrych pomysłów. Był surfing, lokalne jedzenie, długie kolacje i wieczorne rozmowy.

Były też świetnie wybrane noclegi. Niektóre z widokiem, inne z basenem, każdy trochę inny, ale wszystkie dobrane z dużą uważnością na komfort uczestniczek.

Po całym dniu jazdy naprawdę docenia się miejsce, w którym można dobrze zjeść, wykąpać się, odpocząć i rano znowu mieć ochotę wsiąść na rower.

Rower był osią wyjazdu, ale nie jego jedynym celem. To była podróż rowerowa, ale równie mocno przyrodnicza, kulturowa i kulinarna.

A jak z bezpieczeństwem?

To pytanie pojawiało się przed wyjazdem, więc odpowiem krótko: czułam się bezpiecznie.

W dużych miastach jest tłoczno i komunikacyjnie chaotycznie. Samochody, skutery, ludzie – trzeba mieć oczy dookoła głowy. Jak w wielu miejscach na świecie.

W mniejszych miejscowościach zdarzało się, że dzieciaki wpadały pod rowery, robiąc niezbyt mądre żarty. Poza tym moje doświadczenia z mieszkańcami były naprawdę dobre – od zwykłych uśmiechów po wspomniane zaproszenia na herbatę i jedzenie.

Z bardziej kobiecych i praktycznych tematów: toalety. W miastach bez problemu – kawiarnie, restauracje. W trasie wiadomo. Standard: krzaczki.

Ważne zastrzeżenie: byłam na zorganizowanym wyjeździe, w grupie i z lokalnym prowadzeniem. O samotnej podróży po Maroku na podstawie tego doświadczenia się nie wypowiadam.

Co zabrać na gravelowy wyjazd do Maroka?

Bez komplikowania:

  • kilka kompletów ciuchów rowerowych na zmianę,

  • dużo kremu z wysokim filtrem UV,

  • krem na kolarski ból pupy,

  • dobre okulary przeciwsłoneczne – fotochromy są miłym dodatkiem, ale nie są konieczne,

  • narzędziówkę pod siodło i roll na kier, by zmieścić gadżety na cały dzień - czy kto jaki zestaw lubi

  • nawigację i prawne lampki

  • lekką wiatrówkę albo kamizelkę na poranki i długie zjazdy,

  • ręcznik i kostium do pływania, wiadomo, ocean i surfing!

  • luźne, wygodne i cieplejsze ubrania na wieczór.

Rowerowo postawiłabym przede wszystkim na grubszą oponę, tubeless i odpowiednio miękkie przełożenie. Marokański szuter potrafi nagle zamienić się w piach, kamienie albo bardziej techniczny zjazd. Zapas komfortu i przyczepności naprawdę się przydaje.

A na czym jechałam? GRAIN Ti-Koloride

Do Maroka zabrałam swojego GRAIN Ti-Koloride z napędem mullet: SRAM Rival AXS XPLR + GX T-Type z kasetą 10–50T. Przy podjazdach dochodzących miejscami do 12–17% szeroki zakres przełożeń zdecydowanie przestał być tylko pozycją w specyfikacji.

Koła EVANLITE Road-Off na piastach DT Swiss 350 miałam założone z TUFO Thundero 44 mm w tubelessie. I po tym wyjeździe nie zamieniłabym ich na węższe tylko po to, żeby było szybciej na asfalcie. Na kamieniach, piachu i zjazdach te 44 mm robiły robotę.

GRAIN nie był najlepszy tylko na jednym rodzaju nawierzchni. I właśnie to było w nim najlepsze. Tytanowa rama dawała sporo komfortu, podobnie jak karbonowy widelec i szerokie opony na odpowiednim ciśnieniu.

Asfalt, szuter, piach, kamienie, długi podjazd, szybki zjazd.

Po prostu jechał.

Co zrobiłabym inaczej?

Lepiej przygotowałabym siebie :) Wróciłam z kontuzją. Był marzec i po zimie moje ciało nie było jeszcze gotowe na kilka dni jazdy z takimi przewyższeniami. Głowa chciała bardzo. Nogi najwyraźniej trochę mniej.

To chyba najważniejsza rzecz, którą dopisałabym do listy „co zabrać”: formę adekwatną do planu wyjazdu.

Przed kilkudniowym campem warto sprawdzić nie tylko, czy jesteśmy w stanie przejechać 80 czy 100 km, ale czy jesteśmy gotowi zrobić to kolejnego dnia. I kolejnego. Szczególnie przy dużej liczbie metrów w pionie.

A jeśli nie?

Można jechać w trybie chill. Naprawdę nie każdy podjazd trzeba wygrać.

Szkoda, że przypomniałam sobie o tym dopiero w Maroku :)

Czy wróciłabym do Maroka z rowerem?

Bez zastanowienia. Pojechałam tam przede wszystkim po to, żeby jeździć. Bez organizowania, planowania i robienia contentu.

Dostałam znacznie więcej: rower, przyrodę, kulturę, jedzenie i ludzi.

Jeździłam. Jadłam. Słuchałam. Rozmawiałam. Patrzyłam.

I przez kilka dni naprawdę nic nie musiałam.

Just bike.

One bike, endless experiences.

Camp: GoGirl – Maroko, Wybrzeże Atlantyku
Trasy i lokalne prowadzenie: Tizi n'Ride – Along the Atlantic
Rower: GRAIN Ti-Koloride
Zdjęcia: Dorota / Mamba on Bike, Kama, Kasia

Gravel w Maroku – najczęstsze pytania

Czy Maroko jest dobrym kierunkiem na gravel?


Tak. Trasy mogą łączyć asfalt, szerokie szutry, piach, kamieniste odcinki, długie podjazdy i szybkie zjazdy. To dobry kierunek dla osób, które lubią różnorodną jazdę i nie oczekują idealnie równego gravela przez cały dzień.

Jakie opony sprawdzą się na gravelu w Maroku?


Na tym wyjeździe jechałam na oponach TUFO Thundero 44 mm w systemie tubeless i z perspektywy przejechanych tras nie wybrałabym węższych. Szersza opona dawała więcej komfortu i pewności na kamieniach, piachu i szybkich zjazdach.

Jak trudne są gravelowe trasy w Maroku?


Nasze etapy miały około 60–110 km dziennie, a najtrudniejsze blisko 1900 m przewyższenia. Sama liczba kilometrów może być myląca – nawierzchnia, przewyższenia i kilka dni jazdy z rzędu sprawiają, że 60 km w Maroku może być znacznie bardziej wymagające niż podobny dystans po płaskich trasach w Polsce.

Co zabrać na gravelowy wyjazd do Maroka?


Przydały mi się przede wszystkim dobre okulary przeciwsłoneczne, krem z wysokim filtrem UV, kilka kompletów odzieży rowerowej, lekka wiatrówka lub kamizelka oraz wygodne ubrania na wieczór. Rowerowo postawiłabym na tubeless, szersze opony i odpowiednio miękkie przełożenia.

Czy kobieta może czuć się bezpiecznie podczas rowerowego wyjazdu w Maroku?


Podczas zorganizowanego wyjazdu w grupie i z lokalnym przewodnikiem czułam się bezpiecznie. W większych miastach trzeba uważać na intensywny ruch, ale poza nimi moje doświadczenia z mieszkańcami były bardzo dobre. Nie oceniam na tej podstawie bezpieczeństwa samotnej podróży po Maroku.

Dzięki serdeczne!

Natalia

Polecane

Przeczytaj także